s o s
Tosty były już gotowe. Ser rozpuścił się nierównomiernie, położyłam na talerz żurawinę i delektowałam się zapachem poranka. W szarych dresach i białej bokserce podążałam wzdłuż unoszącej się z radia linii melodycznej. Odkąd zrealizowałam plan zamieszkania na stancji z nieznanymi mi ludźmi moje życie diametralnie się zmieniło. Musiałam nauczyć się życia w grupie i miłego uśmiechu na twarzy od rana. Utrzymywałam bardzo dobre stosunki ze wszystkimi.
Oddychaj ze mną. Chodź zagrać w moją grę.
W posagu, oprócz wszystkie, czego pragnęłam dostałam też wiele bezgranicznych uczuć, z których potrzeby posiadania niekiedy, nie zdawałam sobie sprawy. Śnieg zalegał na ulicach, a mróz zachodził mnie od każdej strony. Towarzyska atmosfera na wykładach ocieplała chłód bijący od wykładowców. Idealnie czułam na sobie ten sam wzrok za każdym razem. Za każdym razem, gdy siedziałam obok, kiedy robiłam notatki. Nie wiem, kogo winnam żałować, jego partnerki, którą ignorował, kiedy choćby przechodziłam obok, czy jego samego.
Oddychaj ze mną. Chodź zagrać w moją grę.
Największa satysfakcja, kiedy mogę wznosić to, co posiadam, żeby pokreślić swoją przynależność.
Oddychaj ze mną. Chodź zagrać w moją grę.
Ze związanymi włosami i szczoteczką do zębów w ustach snułam się po mieszkaniu. Lubiłam wieczory. Wówczas wśród tysięcy maili, które dostawałam, odnajdywałam kilka ulubionych. Tylko na nieliczne odpisywałam. Czasem się zastanawiałam nad dualizmem. Podczas, gdy w dzień przelewałam moją energię na innych, którzy odwdzięczali się tym samym, najbardziej ceniłam wieczory. Łapałam na siebie wyznania, problemy, przyjmowałam je i starałam w mądry sposób odrzucić.
Oddychaj ze mną. Chodź zagrać w moją grę.
Wybacz, nie umówię się z Tobą.
Oddychaj ze mną. Chodź zagrać w moją grę.
Wielkie masło, dobrze, że ja go nie jadam.